Dosyć szalony pomysł na intensywny weekend zrodził się oczywiście w kilkanaście minut przed wyjazdem. 

Stwierdziliśmy, że dawno nas na Podkarpaciu nie było, gdyż ostatnio gościliśmy tam w styczniu tego roku, gdzie spędzaliśmy sylwestra jeżdżąc na nartach. Zatęskniliśmy za Bieszczadami zimą, które wtedy są dla nas najpiękniejsze, bo wyludnione. 

Mieliśmy tam spędzić sobotni wieczór i całą niedzielę. Słowo się rzekło, dlatego ruszyliśmy Novembusikiem w kolejną trasę po Polsce. 

Tak się już przyzwyczailiśmy do tych kilometrów, że 4.5h na wyświetlaczu nawigacji nie zrobiło na nas kompletnie wrażenia. Bardzo nie lubimy marnować czasu, dlatego podczas wielogodzinnej jazdy omawiamy tripy, snujemy plany związane z przeróbkami w busie, ostatecznie ogarniam social media, albo czytam na głos, żeby mąż zażył nieco literatury, a co!

W miarę gdy przekraczaliśmy granicę już kolejnego województwa zacżęło robić się zimniej i śnieżniej. Przyczepność jednak nadal była dobra. Do czasu, gdy teren zamienił się w  pagórkowate muldy- wjechaliśmy na jedno takie wzniesienie i nagle słyszę informację z ust Artura: Andrzej, ślizgamy się! 

 I tak powoli się turlaliśmy z górki, ale na hamowanie było za późno, a już tym bardziej na przyspieszanie. Koła skręciliśmy i i stwierdziliśmy, że trzeba jakoś wjechać na tzw. pobocze, ale żeby nie wjechać busem do rowu. 

Udało nam się ustawić samochód bokiem, chociaż dupa trochę uciekała. W końcu stanęliśmy i co teraz? 

Jestem za słaba psychicznie na takie sytuacje, zaczynam już paciorek odmawiać. Ganię się w myślach za to, że tu w ogóle przyjechałam i po co mi takie przygody? Śmierć w oczach, strach w sercu. Czego ja wtedy nie czułam. Oczywiście z natury jestem pesymistką i jeśli mi się coś nie udaje, od razu kwestionuję sens istnienia. Artek musi to wszystko znosić i do tego jeszcze nas ratować z opresji. No współczuję mu, ale chłop wie na co się pisze , zna mnie i moje ukryte demony. 

 W każdym razie kończy się na tym, że wjeżdżamy pod górkę na wstecznym, a bus wariuje, buntuje się, ślizga, płonie od środka, ale w końcu udaje nam się wjechać tyłem z powrotem na wyższy punkt i jesteśmy już bezpieczni. Cała sytuacja nie wyglądała oczywiście tak dramatycznie, jak ja ją teraz opisuje. Ale wybaczcie, mój blog, moje wspomnienia, moje pełne gacie i mokre pachy. 

Teraz tylko trzeba było jakoś zawrócić i zjechać o kilka metrów niżej do bardziej cywilizowanych dróg. Jedziemy tak może z 5 na godzinę a tu miejscowe ziomki urządzają sobie rundkę po okolicy driftując w najlepsze. Ja się pytam, po co? Jakby sam lód na drodze i śnieg w powietrzu nie był wielką atrakcją i ekscytacją zmieszaną ze strachem? 

No nic, dokuśtykaliśmy do parkingu pod zaporą na jeziorze Solińskim. Zajrzeliśmy do środka Novembusa, żeby sprawdzić, czy wszystko jest dobrze, po dzikich manerwach, no i co? I jajco, wiecie!

Coś mnie podkusiło, żeby wziąć jajka na wycieczkę. Na śniadanko miały być jajka na twardo, albo jajecznica, przy czym ani patelni nie wzieliśmy, ani masła nawet odrobinkę!  Za to 4 jajca, z których jedno teraz ślizgało nam się po busie! Pięknie, oczywiście mężusiowi się dostało za to, no bo komu, skoro byliśmy na odludziu haha

Wytarliśmy nasz piękny wiklinowy koszyk i wszystko inne, co w jaju się wytarzało i poszliśmy na zaporę. 

Tam było cudnie, biało, bo płatki śniegu tańczyły w powietrzu. Mrozik szczypał w lica, wiatr targał włosy. No humor nam się od razu poprawił po oblaniu jajecznego testu i tańcu na lodzie 🙂 

 

Potem było już tylko dobrze, a nawet cudownie. Szybko znaleźliśmy duży parking, z drewnianą wiatą, miejscem na ognicho, a nawet z wychodkiem! 

Ale przy okazji znalazło się i towarzystwo. Dwa kampery i osobówka miały niezłą imprezkę przy ognichu. My za to po cichutku zaparkowaliśmy w sporej odległości od nich i poszliśmy spać. 

Rano przywitała nas piękna zimowa aura. 

Po szybkim śniadanku, przy akompaniamencie słońca wyszliśmy na spacer, żeby pooddychać tym ‘białym powietrzem’. 

 

Zrobiliśmy herbatkę w termosie i poszliśmy pooglądać sobie okolice. Niedaleko odnaleźliśmy Solinkę i szliśmy w jej pobliżu. Z 10 minutowego spaceru zrobiły się ponad 4 godziny wędrówki. Było wyśmienicie, z wypiekami na twarzy, podziwiając bielutkie drzewa i krzewy, próbowaliśmy śniegu. 

Punktem docelowym wycieczki był San, do którego doszliśmy już bardzo głodni, dlatego trzeba było szybko przebierać nóżkami, do busa. 

Lubimy ten moment kiedy sobie eksplorujemy teren, jesteśmy już głodni, zmarznięci i zmęczeni, ale wiemy, że gdzieś niedaleko czeka nasz przenośny dom na kółkach, w którym można się ogrzać, coś ugotować, położyć się, przebrać. Właściwie wszystko można zrobić, czego nam w tej chwili potrzeba do szczęścia i funkcjonowania. 

Nie ma wtedy kosmetyków i wielkich kąpieli, czystych ubrań, kawy z ekspresu, czy toalety, ale to się wydaje absurdalnie zbędne, wręcz śmieszne

Dosyć chętnie ostatnio pozbywamy się rzeczy materialnych i rezygnujemy z luksusów, czy gadżetów. Czujemy, że one nas przeważnie ograniczają i uzależniają. 

A człowiek uzależniony, nie jest wolny i szczęśliwy, a do tego głównie dążymy.

Wracając do tematu i do busa jedzenie i droga powrotna przebiegła bez szału i dosyć gładko, a zmęczenie zmyło entuzjazm. Ale zdjęcia i cudowne wspomnienia pozostaną na długo, na zawsze?